pożegnanie z Paryżem + małe podsumowanie całego wyjazdu

40-horz

38

Ostatni wpis był tylko i wyłącznie o mojej wizycie w Luwrze, więc dzisiaj dokończę opisywanie tamtego dnia i zabiorę was ze sobą na cudowną dzielnicę Montmartre.

Z Finką Idą byłam umówiona na 14 pod Luwrem. Ciesząc się, że w końcu mogę się do kogoś odezwać po angielsku, wykorzystywałam te chwilę pytając ją o życie w Paryżu jako au pair.

Rozmawiając przeszłyśmy przez Champs-Elysees, a następnie wsiadłyśmy w metro, żeby dotrzeć do Sacre-Coeur. Po krótkiej wędrówce ku górze moim oczom ukazał się niesamowity widok na bazylikę.

35

Na chwilę usiadłyśmy na schodach, aby zobaczyć Paryż z tego słynnego punku widokowego. Co ciekawe, nigdzie nie mogłam dostrzec słynnej Wieży Eiffel (chyba widocznie źle patrzyłam).

37

Następnie weszłyśmy do bazyliki, aby obejść ją dookoła. Jak wiadomo, wstęp był darmowy. W środku obowiązywał zakaz robienia zdjęć, za to macie ładne ujęcie tej budowli z zewnątrz : )

36

Kiedy chodziłyśmy uliczkami Montmartre oczywiście przypomniał mi się film Amelie i jego magiczne sceny. I nie pamiętam już dokładnie, ale te schody gdzieś się już przewinęły (prowadzą one z Sacre Coeur na dół).

39

Jednym z moich marzeń było spróbowanie francuskich macaronów w Paryżu. Nie mogłam więc przepuścić okazji i nie kupić sobie dwóch małych słodkości. Jestem z siebie zadowolona, bo udało mi się właściwie poprosić o nie w sklepie po francusku (podając przy tym ich kolory). Zostały one skonsumowane w parku przed takim kościołem, jaki widzicie po prawej stronie. Z tym miejscem wiązało się jeszcze jedno wyzwanie, które niestety nie zostało zrealizowane – z Idą kupiłyśmy wino i miałyśmy je zamiar gdzieś wypić. W poszukiwaniu parku doszłyśmy właśnie do tego małego przykościelnego ogrodu z ławkami, jednak nie chciałyśmy pić tego na oczach bawiących się dzieci. A i pora była trochę zbyt jasna. Wino więc pozostało nietknięte.

40-horz

Gdybym miała wybrać królewskie miasto słodyczy, zostałby nim zapewne Paryż…

DSC_0315

Kolejnym przystankiem było Moulin Rouge.  Z ciekawości zajrzałyśmy do środka, gdzie okazało się, że przedstawienie w tym słynnym miejscu można obejrzeć za niecałe 200 euro. Jak widać jest to rozrywka, na którą stać tylko nielicznych.

42

43

Powiem szczerze, że nowym doświadczeniem był spacer ulicą, na której znajduje się Moulin Rouge, słynnej ze swoich sex shopów. Oprócz ciekawych witryn sklepowych można tutaj zajrzeć do muzeum erotyzmu. Niestety z braku czasu postanowiłyśmy sobie darować tę atrakcję, ale podejrzewam, że może tam być ciekawie.

Jeżeli natomiast chodzi o małą przekąskę, to warto spróbować crepes, które są wielkimi naleśnikami, ciepłymi, z różnymi dodatkami. Mój, wyglądający jak z kupą, był tak naprawdę z Nutellą. Ta chwila rozpusty kosztowała mnie 3,5 euro.

45-horz

Był już wieczór, kiedy spotkałyśmy się ze znajomą Idy, także z Finlandii (obie bardzo blond). Udałyśmy się do rockowej knajpy na posiłek. Powiem szczerze, że nie byłam zbyt głodna, więc zamówiłam tylko frytki do piwa (jak to miałam w zwyczaju robić w Anglii). Knajpa nazywa się La Manufacture, znajduje się w pięknej dzielnicy Montmartre i jest miejscem, w którym najlepiej odnajdą się awangardowi ludzie. Mnóstwo osób z tatuażami i kolczykami, a w głośnikach cięższe brzmienia. Cenowo wyszło mnie 8,5 euro za wielką michę frytek i jedno piwo.

Na koniec dnia zaliczyłam jeszcze jedno marzenie z mojej listy, którym był wieczorny spacer po Paryżu. Udało mi się go odbyć w bardzo przyjaznym towarzystwie dwóch Finek i po cudownej dzielnicy Montmartre (w nocy wyglądała po prostu inaczej!).

Kolejnego dnia rano zostało mi tylko spakowanie się i wyjechanie w daleką drogę busem. Po wielu, wielu godzinach w końcu dobrnęłam do Salisbury, by móc położyć się we własnym łóżku, a w poniedziałek rano powrócić do codzienności.

podsumowanie wyjazdu

– 109 godzin, 1192 kilometry, miliony wspomnień, dwie stolice, bus, muzyka i ja.

– jeżeli chodzi o wydatki, to całość wyniosła mnie dokładnie 140 funtów (transport 49 funtów, reszta to w większości jedzenie) jakoś nieszczególnie się ograniczałam, a ceny w Paryżu też nie należą do najniższych. Przykładowo kawa w kawiarnii 3-5 euro, kawa w McDonaldzie 2 euro, piwo w pubie 3-5 euro, kanapki w Carrefour około 2 euro, puszka napoju 1,5 euro, mój ukochany kozi ser 2 euro, mała bagietka 50 centów… i tak dalej.

– paryskie metro i ja – pierwszą rzeczą, którą powinniście wiedzieć, to to, że nie ma się czego bać. Jest czyste, schludne, ładnie oznaczone i prawie zawsze tłoczne. Jeden bilet kosztuje 1,7 euro i jest ważny dopóki nie wyjdziemy bramką z metra. Większość stacji ma parę linii metra, które się tam zatrzymują i przechodząc korytarzami możemy dojść na odpowiedni przystanek i wsiąść w inny numer. Po dwóch przejazdach już miałam to ładnie ogarnięte i płynnie zmieniałam linie.

– w Paryżu i Londynie jest tyle do zrobienia, że nie możecie zakładać z góry, że wszystko zobaczycie w ciągu paru dni! Osobiście uważam, że odpowiednio wykorzystałam swój czas i wszystko trzymało się kupy. Dobrze jest wcześniej wynotować sobie miejsca warte odwiedzenia, a potem chodzić, zwiedzać i się niczego nie obawiać.

– podróże kształcą, tak jak kiedyś już pisałam na blogu, że potrzebuję jednej małej iskierki, żeby rozpocząć życie pełne przygód i tak właśnie się stało! Jestem strasznie szczęśliwa, że odważyłam się i mimo paru wahań podjęłam to wyzwanie samotnie wyruszając w podróż. Czego się nauczyłam? Że wcale nie jest trudno odnaleźć się w wielkim mieście, że uprzejmością można wiele zadziałać, że próby mówienia w innym języku nie są takie straszne, że jeżeli nie spróbuję, to nigdy się nie przekonam, jak smakuje życie, że planowanie jest fajne, a nieplanowane zdarzenia są jeszcze fajniejsze, że wybór należy tylko i wyłącznie do mnie i przede wszystkim, że nie należy się bać ludzi!

Pozdrawiam serdecznie i radzę spełniać marzenia, już teraz!

podpis