welcome home

W nowym domu nie jest tak źle. Co prawda trochę zimno i ciemno, ale klimatycznie. Ale najważniejsi są ludzie, bo to oni tworzą klimat. Wspólne wieczory, oglądanie filmów, gotowanie… to wszystko co pozwala poczuć się jak w domu. Bo ohana znaczy rodzina, a w rodzinie nikogo nie można odtrącić ani porzucić. 

Jestem wdzięczna za to, że mnie przygarnęli, karmią, otaczają przyjaźnią i zrozumieniem. Staram się nie narzucać, ale też nie alienować. Kiedyś wyobrażałam sobie, że traktują mnie jak przypadkowego couchserfera (bo tak się poznaliśmy). Jednak dzisiaj Jack oświadczył, że zmienił swoje dane na profilu i teraz widnieje, że mieszka z czwórką znajomych, podkreślając, że jednym z nich jest dziewczyna. To tak miłe z jego strony.

Codziennie też jestem witana polskim „dzień dobry”, albo „cześć”. Nie ma nic bardziej uroczego, niż Brytyjczyk próbujący mówić po polsku. Zwłaszcza jak próbuje się Ciebie zapytać, czy chciałabyś kaszę gryczaną na obiad.

Czas spędzam na ewentualnym myśleniu. Przez te trzy dni wymyśliłam już parę alternatywnych rozwiązań, a wszystkie tak bardzo ciekawe, że aż nie mogę się doczekać ich realizacji. Szukam też pracy, bardziej na stałe niż na chwilę, ale to wszystko się okaże. Nikt się dzisiaj nie odezwał, ale jestem cierpliwa.

No i właściwie przyszła wiosna, a my wypuściliśmy nasze korzonki do ogrodu, aby przygotować miejsce pod szklarnię.

DSC_6625

DSC_6633

DSC_6642

DSC_6641-horz

podpis